Thursday, 2 October 2008

...

Minęły już prawie dwa tygodnie, a ja nadal walczę z rozbiciem i niechęcią do życia. Automatycznie wykonuję wszystko co mam do wykonania,sprzątam,gotuję,czytam książki,biorę prysznic,przeglądam blogi, ale serca to ja w to nie wkładam. Ot robię. Nie wychodzę do miasta, a jeżeli już, to nie sama. Bo inaczej rozklejam się na dobre. O, tu jest ten płotek, przez który wykonywał skoki stulecia, rozpędzając się od tego drzewka tam. Tu jest nasza stała trasa spacerowa. Tutaj uwielbiał niurać w trawie, a za tym ogrodzeniem nadal biega rottwailer z którym się nie lubił. Cholera, zachowuję się jak histeryczka. Widzę, jak truchta w moją stronę z pochylonym, kudłatym łbem, wyglądał wtedy jak rasowe wilczysko polarne. Widzę jak kładzie łapę na niskim stoliku, przy którym Maciej lubi coś podjadać, wyraz pyska wcale nie proszący o kąsek, a raczej " jestem tu, jakby co". Widzę jak biegniemy razem po trawie, jak otwiera nosem drzwi do łazienki, żeby sprawdzić kto jest w środku. I tak mogłabym wymieniać w nieskończoność. Ale to mi go nie wróci.

No comments:

Post a Comment