Wednesday, 11 November 2009
...
Koncert był przedni. Aż się przy Chopinie wzruszyłam jak stary siennik :-) Publiczność dopisała, chociaż na widowni przeważał ichniejszy ZBOWiD, młodzieży nie było, a kwiat wieku reprezentowany był przeż jarmutowski Śpital pod wezwaniem Pageta.
A poważnie - nie pamiętam kiedy ostatnio tak dobrze się bawiłam. Słuchanie muzyki poważnej na najlepszym nawet sprzęcie ma się nijak do odbioru tejże na żywo. Niesamowite wrażenie. Hippodrome jest niewielkim budynkiem, scena, a w zasadzie arena - jest bardzo mała, akustyka za to świetna - czułam muzykę każdym nerwem i włókienkiem, dodatkowo mając przed nosem pana Dyrygęta - który bardzo się w swoją rolę wczuwał. Coś pięknego!
Idziem w kwietniu na koncert Europejskiej Orkiestry Symfonicznej. Będą grali głównie w Mozarta. A w planie mamy sprawdzenie repertuaru w Norwich, bo stwierdzilismy zgodnie, że dobrej muzyki nigdy dość :-)
No to idę spać w poczuciu ukulturalnienia i dobrze spełnionego obowiązku.
(Szeh - Zjutek to brat bliźniak Moryca. Zdjęcia pooglądane i wyzachwycane :-)
Subscribe to:
Post Comments (Atom)

o Mozarta to Wu lubi najbardziej:)
ReplyDeletena żywo to się słucha faktycznie inaczej, pełniej:)
(Jak tylko zobaczyłam Morica, to wiedziałam. Plus charakter i zachowanie.)
ReplyDeleteA koncert? Phi tam, taki koncert.
(powiedziała i zzieleniała).
:-)
Ale się chwali, że się odchamia, pffff:))))
ReplyDeleteTe koty z kitami wiewiórek chyba wszystkie są do siebie podobne, bo Dudek też;)
Daisy, Ty znowu na koncercie? kota weź!
ReplyDelete