Sunday, 7 February 2010

...

Wróciłam. Zdechła, nieświeża po tułaczce w samolotach i pociągach, ale wróciłam. Podróż zaczęła się o 3.45, gdzie po nieprzespanej nocy (reisefieber, a jakże!) podreptałam z Ali na punkt zborny pod hotelem Heweliusz. Okazało się, że można za jedyne 10 złotych polskich dojechać na lotnisko. A ja, głupia, chciałam wywalać osiemdziesiątaka za kurs taryfą :-))) Pan podjechał jakimś wypasionym bolidem, wrzucił moją torbę do bagażnika i kurtuazyjnie dźwi otworzył. I jak Dochtoru kocham - 10 złotych polskich uiściłam! A, muszę dopisać. W hali odlotów bawiła pielgrzymka pań, w wieku grubo pobalzakowskim pod dyrekcją trzech w koloratkach. Starałam się nie słuchać o czym konwersują panie, ale jak jedna z nich palnęła coś o kościołach, które nie są nasze tylko inne a powinny być nasze, to z trudem powstrzymałam się od komentarza. Wmeldowałam się do samolotu i odpadłam. Dwie godziny lotu przespałam w zasadzie błogo, bo błogość zakłócona bywała rykiem dwulatka, któremu chętnie ukręciłabym łeb, albo posadziła na skrzydle. Nie jestem empatyczna po nieprzespanej nocy, zresztą, każdy obecny wie, że do wrzaskunów mam stosunek przeciwpołożny i uciekam w pizdu, jak najdalej od źródła dźwięków, potykając się o własne zęby jadowe. Przetrwałam lot i jak zwykle obserwowałam drwiąco rodaków, którzy zaczęli się zrywać z foteli i odpinać pasy bezpieczeństwa sekundę po wylądowaniu. Noszkurwa. Ani to wcześniej nie wysiądzie, ani oknem nie wylezie - po kiego chuja zachowuje się jak debil nie rozumiejący komunikatów ? Podobnie się rzecz ma z telefonami komórkowymi. Trzeba OD RAZU wysłać wiadomości, bo sekunda zwłoki zaważy na losie wszechświata. Z permanentnym już wkurwem polazłam do hali przylotów, okazałam beżowemu paśport i polazłam szukać walizki. I znowu to samo. Przy konwejerze - sceny dantejskie. Nie można bez wchodzenia komuś na głowę i deptania po nogach poczekać spokojnie aż czemodan podjedzie. No nie można. Bo każda sekunda zwłoki znów zaważy na losie wszechświata. Wyczołgałam się na zewnątrz, odpaliłam miętowego, anorektycznego LM-a i znów się wkurwiłam. Bo zamiast siedzieć u Szeherezady z tym LM-em - stałam oparta o brudną barierkę na lotnisku Luton. Powlekłam się smętnie na przystanek, walizka ważyła chyba ze 150 kilogramów, torba podręczna drugie tyle. Dotelepałam się do autobiustu, tenże dowiózł mnie i moje mienie na stację kolejową. Pociąg na Świętą Trzustkę* miałam za 10 minut. No to hajda z walizkami - schodami w górę, schodami w dół, bo winda dowiezła mnie nie tam gdzie trza. Wpakowałam się do wagonu, lokując torbę i walizkę na własnych stopach, bo miejsca nie było. Wysiadłam na Świętej Trzustce i zonk. Metro nie jedzie. Uskuteczniają prace naprawcze i bezpośrednio na Liverpool Street się nie dostanę, choćbym bardzo chciała. Złapałam za telefon i dzwonię do Osobistego. Osobisty pracuje w metrze w charakterze wozaka i zna je jak własną kieszeń. Dyrektywy zostały wydane. No to dawaj Gośka, dawaj! Co to dla nas! Schodami w górę, schodami w dół. Jeden pociąg, drugi pociąg w miedzychwycie znowu - schody. Tym razem li i jedynie w górę. W dodatku - kręcone. Miałam nieodpartą ochotę zrzucić toboły z wysokości i śmiać się jak wariat. Wpadłam na stację Liverpool i odetchłam. Pociąg do Norycz stał na peronie 11 i czekał. Resztką sił dowlekłam się na przodek pociągu, do plebejskiej 2 klasy. Usiadłam, złozyłam skołatany łeb na przeklętej walizce i zasnęłam jak kamień. Obudziłam się równo dwie godziny później, kiedy pociąg wjeżdżał na stację Norycz zalaną światłem słonecznym jak w kiepskim melodramacie. Oczekiwanie na pociąg do Yarmouth umiliła mi kawa z automatu i kolejny, chudy LM. Dom mię powitał o 13.30 czasu lokalnego. W dźwiach stał Dochtór. Bez kota. Bo kot wybył. I tak to. * W zasadzie jest St Pancras czyli Święty Pankracy, ale skoro pisownia Pancras i pancreas bardzo podobną się wydaje, to na wieki wieków będę wysiadać na Świętej Trzustce. Amen :-))))

20 comments:

  1. oj tesz bym sie tak przeleciol...
    wiesz ze mi ochoty narobilas, taaa na krzyczace dzieciaki w samolocie... tez ;)

    ReplyDelete
  2. Swieta trzustka, ja pierdole... ;)))
    Ciesz sie, ze spac moglas w samolocie, ja nie moge - musze nasluchiwac czy silniki pracuja rowno;)

    Dlaczego ja nie wiedzialam o tym punkcie pod Hewelkiem, a?

    ReplyDelete
  3. Gypsi, ja też nie wiedziałam!!! Przez przypadek wyszło, znaczy chłop Ali w necie znalazł taką informację o 23.00 :-))))

    ReplyDelete
  4. Witaj w kraju;))
    Ja tez uwielbiam placzace dzieciaki w samolocie, szczegolnie jak jakos blisko siadaja kolo mnie;))) A mamusie w pogawedke z wspolpasazerem a nie uciszac potomkow:((( Mordercze zapedy mam wtedy! No i nie moge sie skupic na nadsluchiwaniu silnikow;), tez tak mam jak Gypsi...
    Ale skoro calo dobilas, to znak, ze teraz musisz nadgonic przerwe w pisaniu:))Bardzo jestem ciekawa wrazen z Polski. Pozdrawiam

    ReplyDelete
  5. Jezumatko jak strasznie.
    Straszliwa taka droga. O samolotach mam zdanie to samo.
    Od dawna postulowałam (zwłaszcza gdy lot do Bundesu miałam o szóstej rano) przewożenie dzieci w lukach bagażowych samolotu ;-)

    No :-)

    ReplyDelete
  6. Jak to kot wybył? Ale już przybył??? TAK?

    ReplyDelete
  7. No przybył :-)))

    Był na codziennej rajzie - a jak wrócił, to mię zbarankował i uzarł w nogę :-)

    ReplyDelete
  8. No wiedziałam, że użarcie to tylko kwestia czasu :-D Czyli nie zepsuł Ci Dochtoru Miauryca bez ten tydzień :)

    Szeh - melduję posłusznie, że pożarłam właśnie pół paczki tatara, którego poleciłaś i faktycznie stwierdzam, że jest super! Chyba go włończem na stałe do swojego repertuaru :-D

    ReplyDelete
  9. Nienawidzę podróży. Samoloty kocham. Nie rozumiem tylko, dlacego bachorków nie przewozi się w klatkach.

    ReplyDelete
  10. Lorenza - w DŻWIĘKOSZCZELNYCH klatkach :-))))

    Dodam, że ten dwulatek wył z nudów i szarpał matkę. Normalnie to bym zabiła, ale zmęczona byłam.

    ReplyDelete
  11. Lecac do Polski zabawialam roczniaka, bo takiego to trudno zajac. Wyl, bo byl zmeczony i niewyspany, na szczescie potem zasnal i obudzil sie przed samym ladowaniem jako rozowy aniolek.
    Mysle, ze Clarkson ma pare dobrych pomyslow, jednym z nich jest wprowadzenie klasy children-free w samolotach.

    ReplyDelete
  12. od sze za taryfę jedyne 60. boże, zmęczyłam się samym tym czytaniem, jak to dobrze że ja miałam auto pod lotniskiem. za to spać nie mogłam w samolocie bo mu się siedzenia nie rozkładały!

    ReplyDelete
  13. A wiecie, że na wysokości przelotowej czasami wyłącza się jeden silnik? Serio. Nie pamiętam dlaczego, ale to jest normalne.

    ReplyDelete
  14. Sze, no pogadaj se jeszcze troche, pogadaj. A niepredko mnie zobaczysz w Miescie. Chyba ze o to sie dla Ciebie rozchodzi;)

    ReplyDelete
  15. dużo ludzi sie dziwi, że zamiast pociągiem jeżdżę sobie do Poznania samochodem..."a nie męczy cię to?" może troche mówie, ale dźwigac toreb nie muszę:)
    bo ja podrózowac lubie, ale ostatnio xwigac nie lubię, no...Daisy ma dalej, wiem i dlatego podiziwiam, te przesiadki i kawy z automatu LM ominę:)
    witaj w domu, należał Ci sie gryz w girę, w końcu zostawiłaś:)

    ReplyDelete
  16. a matce bachorka odebrac prawa rodzicielskie

    ReplyDelete
  17. E, tam, zaraz odbierać ! Michę jej wyklepać, że się nie potrafi dzieckiem zająć, a dzieciątku knebelek.

    Gryz w girę był zasłużony, ale gryz i drap w prawą rąsię już nie.

    Ale i tak kocham drania.

    ReplyDelete
  18. no masochistka:) drap kicia micia drap! :)

    ReplyDelete
  19. Sie usmialam, tyle powiem:))))) Swieta Trzustka:))))) I o dzizas, od Ciebie do Luton, szmat swiata!

    ReplyDelete