Saturday, 25 March 2006

A hard day's night

Niedobrze.Zadzwonili z firmy. Niestety. Nie przeszłam przez ostateczne sitko.Co prawda, powiedzieli, że zaraz jak tylko coś się zwolni to od razu mnie zawiadomią...ale mam żal do siebie samej.Nie przygotowałam się wystarczająco, nie potrafiłam się zaprezentować tak jak powinnam.Dopiero po kilku godzinach od spotkania spłynęło na mnie olśnienie, że przecież tyle jeszcze mogłam powiedzieć, a tego nie zrobiłam - i najprawdopodobniej to zadecydowało, że wybrali kogoś innego. Z drugiej strony - wiem, że pracę na takim stanowisku jak poprzednio znajdę z łatwością. Referencje wystawią mi przecież świetne :-) . I stres mniejszy, bo mniejsza odpowiedzialność.A jestem podatna na stres, chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych, bo prę do przodu jak miniaturowy lodołamacz. Tylko ja wiem jak za to płacę. Zarwanymi nocami, ilościa wypalanych papierosów, huśtawką nastrojów i nerwicą :-) To ja już może na emeryturę pójdę, albo znajdę sobie bogatego kochanka ??? Chociaż nie ... Z bogatym kochankiem stres byłby większy :-) Jeszcze by mi kazał cycki nadmuchać, na siłowni się męczyć i być sexualnie niewyżytą bestią albo coś w tym rodzaju ... Biedny a młodszy kochanek jest o niebo lepszy :-) Wiem to z własnego doświadczenia :-))) Taaaak .... Jakie to szczęście , że M nie wie o tym blogu. Na poprzednim bywał codziennie, chociaż nie komentował. A mnie to w jakiś sposób paraliżowało. Nie byłam sobą. Tak wiem, to nudne, ale z tego powodu też mnie stres podgryzał :-) I zastanawiałam się, czy ocenia mnie tak albo siak, czy uznaje to moje pisanie za grafomańskie wypociny, lub wielbi moją pisaninę niebotycznie. Przez lata całe pisałam do szuflady. Dla siebie. W momencie, kiedy zdecydowałam się założyć bloga oczywiście wiedziałam, że będą to czytać przypadkowe osoby, mniej lub bardziej życzliwe, ale łatwiej jest wywnętrzyć się czasem przed zupełnie obcą osobą, niż przed kimś bardzo bliskim, a M do bliskich mi osób jak najbardziej należy. I dlatego teraz mogę napisać, że pomimo tej straszliwej :-) różnicy wieku jaka jest między nami, pomimo tego, że zdaję sobie sprawę, że dla mnie czas nie będzie stał w miejscu tylko dlatego, że mam partnera o naście lat młodszego, pomimo moich strachów i wątpliwości i notorycznego prezentowania postawy niejakiego Smerfa Marudy ( ...i tak się nam nie uuuuda :-)) - kocham go. Kocham jak nikogo na świecie. I wiem, że gdyby teraz odszedł, to straciłabym bezpowrotnie jakąś cząstkę siebie, swojej duszy. Na szczęście - nie zanosi się na to póki co :-)))) No dobra.Wreszcie M się doczekał deklaracji uczuciowej na piśmie :-))) To teraz udam się na spoczynek bynajmniej nie wieczny :-) A jutro znowu kolejny odcinek dreszczowca - "Jak to z kotem było " :-)

No comments:

Post a Comment