Nie wiedziałam, że można aż tak nienawidzieć wiatru. Od dwóch dni kominek mi wyje jak wściekły, a drzewa za płotem zaczynają się niebezpiecznie przechylać w stronę domostwa. Kot - zdezorientowany. Wypuściłam go rano, zaległam w łóżku na powrót, za pięć minut słyszę rozpaczliwe miauczenie - zlazłam na dół popatrzeć, czy gdzies na drzewie nie zawisł gnany podmuchem wiatru i juz miałam po spaniu. Wrócił w jednym kawałku, ale tak przerażony, że z tego przerażenia wskoczył na kuchenny blat, czego NIGDY nie robi.
Dochtór, biedak przechorował cały weekend w samotności, bo jak wiadomo - ja się gościłam gdzie indziej. Zawsze tak jest. Zawsze. Wyjeżdżam i jakaś zaraza spada na dom. Jak nie urok to sraczka albo kłopoty z nerwem błędnym. Śmiałam się z Dochtora, że nawet przy słabym wietrze naciągą czapkę na łeb, albo wkłada watę do uszu - byłam wredna i głucha na jego argumenty. No to jak zobaczyłam go w niedzielę, jak leżał bez sił i bez ducha wyglądając jak siedem nieszczęść - zrozumiałam. I wystarczyło sobie przypomnieć, jak szalałam z niepokoju 6 lat temu, kiedy wylądował z tego powodu w szpitalu. Szalałam, bo zniknął mi z pola widzenia w sobotę a odezwał się dopiero po 5 dniach. A później szalałam, bo robili badania w kierunku nowotworu mózgu i innych takich przyjemności z Menierem włącznie. Okazało się, że to ani jedno, ani drugie, jeno paskudny przypadek vertigo. Nie życzę nikomu. Najgorszemu wrogowi też nie.
Gościna była cudna. Nauczyłam się robić meksykańskie naleśniki, wypiłam chyba galon wina, co bardzo przełożyło się na moją gadatliwość. Po alkoholu wstępuje we mnie diabeł, który każe mi kłapać jadaczką tak, jakbym od jutra miała zamilknąć na zawsze. Pojechałam do cudownego sklepu gdzie sprzedają wełnę i wełnianą przędzę i napasłam oczy. Postanowiłam, że po szaleństwie szydełkowym przyjdzie czas na szaleństwo drutowe, jak szaleć to szaleć. Jak to mówi Gypsi - "gienów nie oszukasz" . No nie. I bardzo Cię proszę Mamusiu, nie śmiej się ze mnie. Jak mi jeszcze co odwali to maszynę do szycia kupię.....
Póki co - kolejny wór z wełną przyszedł z Woolwarehouse, a za parę dni powinien dojść kolejny. Projekt mgliście się wije w łepetynie, kolorystycznie ma być w zieleniach , błękitach i fijoletach. A co wyjdzie się okaże.
Thursday, 31 January 2013
Subscribe to:
Post Comments (Atom)

ależ ja Ci zazdroszczę tych brytyjskich włóczek, które tylko na zdjęciach podglądam;))) a w Polsce jeno odrobina Rowana bywa.
ReplyDeleteco kupiłaś, co?!
ja znów uwielbiam wiatr, mój żywioł.
i też mam tego diabła po alkoholu:/
zawsze kochałam wiatr, ale dziś tak wieje, ze łeb mi pęka i chyba zmienię zdanie ;)
ReplyDeleteInusia, później wkleję zdjęcie jakie kolory przyszły :-) Nie kupuję póki co prawdziwej wełny, bo na kocyki i podusie to akryl Stylecraft Special jest idealny - łatwo się robi, jest mięciutki i lekko połyskliwy, a pranie na 40 stopni nie ujmuje mu nic :-) Jeżeli będę robić dla siebie jakieś garderobiane elementy na drutach to wtedy zaszaleję i kupię prawdziwą wełnę.
ReplyDeleteEla - u nas łeb chce urwać, nawet nie wychodzę dzisiaj nigdzie, w kominie mam tormado, brzozy za oknem są połamane - to sobie wyobraź.
akryl akrylowi nierówny, niektóre są bardzo fajne. poza tym kwestia łatwości prania ma duże znaczenie:) coś o tym wiem, mam do uprania dwa swetry z mieszanki jedwabiu, alpaki i kidmoheru, najlepiej zimna woda i w ogóle nie trzeć, nie miętosić za mocno, nie wyżymać...ciekawe, jak to zrobię...;)
Deletenienawidzę wiatru:/
ReplyDeletepokawłóczki?! Notorycznie zazdraszczam pasji i talentu:)
Daisy, a może Ty powinnaś zarobkowo tę pasję potraktować?;)
Ade, nie. To tak jak z robieniem mebli. Póki się robi dla siebie - jest OK. Za pieniądze ? Traci się motywację :-))))
ReplyDeleteInternet jest zawalony odnawianymi meblami i kocykami z włóczki. Są lepsi i bardziej akuratni ode mnie.
Ja mogę robić dla siebie, w prezencie dla znajomych i rodziny. Ale nie za kasę. taka konstrukcja człowieka :-))))
Włóczki pokażę, jak przyjdzie drugi wór. Poukładam wtedy tak jak kolorystycznie ma być i strzelę fotę.
O! Wildzę, że kuleżanka ma dokładnie takie samo podejście w temacie zarobkowania na własnych wyrobach jak i ja :D Ufff nie jestem sama :)
DeleteJa tam wietrzyska nie cierpię szczerze i do bólu. U mnie oznacza tylko jedno: jebitnie dobitną i namacalną upierdliwą migrenę. A nie sory: łba napierdalanie, toć ja z ludu a nie hrabina :P
O!
hy hy, spróbujcie coś sprzedać w Polsce za cenę, za jaką w ogóle opłaca się wziąć druty do zrobienia czegoś dla kogoś, nie dla siebie...
Deletetutaj niestety panuje przekonanie, że rękodzieło to taniocha, a poza tym "przecież lubisz to robić, więc co za problem". lubię. dla siebie i moich przyjaciół;)
wiem, że w Wielkiej Brytanii, w Niemczech - jest całkiem inne podejście. rękodzieło jest w cenie, w modzie.
Inka, ja z Polski ;)
Delete