Tuesday, 4 April 2006

...

Tak się wczoraj zastanawiałam po rozmowie z M czy ja jestem normalna ? Wychodzi mi na to, że niestety. Odstaję . Przykład pierwszy : powinnam cieszyć się z tego, że M mnie kocha . Być szczęśliwą jako ten motylek lub szpaczek na wiosnę, ćwierkotać i świergolić jak makolągwa a tu dupa . Nie potrafię. Ostatnio M coraz częściej serwuje mi pytanie " czy ty mnie jeszcze kochasz ? " albo " co jest nie tak ???" a ja poza odpowiedzią twierdzącą,, że siła mych uczuć niezmienna - milczę. Słucham. Czasem komplikuję. Przykład drugi - z tego co M mówi, jasno wynika, że chciałby się ze mną związać . No dobrze. Wiadomo, nie teraz, bo pewne sprawy trzeba doprowadzić do końca. Studia, staże i tym podobne. No niech. Za dwa lata ? Za trzy ? OK. A ja, zamiast skakać pod sufit ze szczęścia, że ojejku, ktoś chce ze mną swoje życie dzielić, aaaaaa jak fajnie .... walę mu tekstem , że "jak już z kimś będziesz ..." i tu następuje szczegółowa instrukcja jak postępować z jego przyszłą kobietą . I wcale nie mam na myśli siebie. M głupieje. Pada kolejne pytanie z serii - " a to nie będziemy razem ?" Ha. No tak. Na zawsze ??? Przecież nikt na zawsze ze mną nie wytrzyma !!! Niejeden próbował. Mam wyjątkowe zdolności destrukcyjne jeżeli chodzi o związki . Despotyczna jestem. Lubie stawiać na swoim i nie zawsze gram czysto. Wystarczy jeden poważny błąd ze strony partnera i jestem skłonna wyrzucić go z listy kontaktów. Odseparować od stołu, łoża, komputera. Lojalnie uprzedziłam, że mam alergię na zdradę. Zdradę nie tyle fizyczną, co psychiczną. Przerabiałam obie w wykonaniu Osobistego. Eeee, szkoda słów i mojego czasu, żeby teraz to wywlekać ponownie. Konkluzja jest jedna. Po tych doświadczeniach nie mam absolutnie wyrzutów sumienia, że mój związek z M nie opiera się wyłącznie na teorii niejakiego Platona. I że teraz to ja zdradzam - mało tego, że psychicznie to jeszcze fizycznie ! No sucz wyrachowana . Na stos z nią . I benzyny nie żałować .  Ale odbiegłam od tematu. Boję się, że z racji swojego wrednego charakteru skrzywdzę kiedyś M . Że będzie żałował swojego wyboru. Że mnie przeklnie w żywe kamienie, bo spieprzę mu życie. I stąd chyba to wszystko. Moje rozchwianie i terapia szokowa dla M na każdym kroku i w każdej rozmowie. Ja się nie zmienię. Nie potrafię uwierzyć w kogoś bez reszty. Gdzieś na dnie zawsze siedzi diabeł i kręci ogonem przy wtórze chichociku - "taaaak, kochana, miała być laurka, a wyszło jak zwykle". I nijak tego chichociku zdusić nie potrafię .  Sennie jest. Zapakuję się pod kocyk z Segalem. I nie będzie to bynajmniej "Love Story".

No comments:

Post a Comment