Thursday, 6 April 2006

...

Poprzesadzałam sobie trochę i od razu mi lepiej. Hiacynty, jedna hydrangea w dziwnym kolorze ni to niebieska ni to fioletowa, ogromne, żółte coś wyglądające na kaczeńca mutanta i wrzos ...  Wrzos :-))) Pamiętam, jak będąc w Polsce zeszłego lata, pojechałam na kamienne kręgi w Leśnie. Poczułam się jak w Irlandii, całe pola wrzosu w odcieniach od bieli, poprzez delikatny róż aż do fioletu. Przyznam się bez bicia - zerwałam malutki bukiecik, który do teraz stoi na toaletce w kubku, który też pamiątkowy jest - dostałam go od M. I ten kubek z wrzosem jest jak niewidzialna nić, łącząca przeszłość z teraźniejszością.Przypomina mi tamte, wspólne wakacje. Paskudna pogoda nie przeszkadzała spacerom, nogawki spodni miałam notorycznie zapiaszczone i mokre, było mi zimno,- a pomimo to byłam aż do przesady szczęśliwa. Mogło nastąpić oberwanie chmury, burza z piorunami, grad i koklusz a ja i tak widziałabym wszędzie słońce. Miłość lepsza od LSD, też ma się wizje i to jakie :-))) A teraz tym wrzosem, który posadziłam w doniczkach chcę przywołać tamto lato. I tamtą miłość. Sentymentalna gęś ze mnie. Nie ma co .

No comments:

Post a Comment