Monday, 11 May 2009

...

Przez to wczorajsze zawirowanie z wyjazdem, pół nocy miałam w plecy. Nie mogłam spać. Rano z lusterka wyjrzała dorodna zmora. Stara jezdem i w moim przypadku sen faktycznie służy urodzie. Jeżeli nie prześpię ośmiu godzin, to rano nie nadaję się do życia. Ze słodyczy najbardziej kocham sen. Od dziecka. Katorgą było poranne wstawanie do przedszkola, gdzie o 6.30 ubrana przez rodzicielkę w gryzące rajstopki, co powodowało dodatkowy stres - kiwałam się na kuchennym taborecie jak dziecko z chorobą sierocą. Błagałam, żeby pozwolono mi zostać w domu, bo to równało się natychmiastowemu walnięciu się w ciepłe jeszcze piernaty. Niestety. Ciągnięta przez Mamę za rękę jak skazaniec - potrafiłam zasnąć w drodze do placówki zwanej przedszkolem. Zasnąć idąc. Fakt, że moja mama była typem skowroneczka, który zrywał się bladym świtem z pieśnią na ustach i od razu wchodził na wysokie obroty, nie pozostawał bez znaczenia. Bo nie mogła biedaczka zrozumieć, że jej krew z krwi i kość z kości nie potrafi cieszyć się z tego, że oto nastał nowy dzień. Kiedy przebojem stała się piosneczka "Jak dobrze wstać skoro świt" do katorgi wczesnego wstawania dołączyła jeszcze jedna krzywda. Albowiem kochana Mamusia wkraczała rano do pokoju dziecinnego z tą pieśnią na ustach, a nie można tu pominąć milczeniem mamusinych zdolności wokalnych. One nie istniały. Do dziś jest niewiadomą po kim odziedziczyłam głos jak słowik, wykorzystywany na każdej akademii szkolnej i na każdych koloniach lub zimowiskach. To, że nie po mamusi, jest jasne jak dupa anioła. Fałsze poranne jakie uskuteczniała zbudziłyby umarłego. Ja ładowałam głowę pod poduszkę i zatykałam uszy starając się urwać chociaż kilka minut błogości. Czas szkoły podstawowej i pierwsze klasy liceum praktycznie nie różniły się od czasów przedszkolnych. Moje umiłowanie snu i niechęć do porannego wstawania pozostawały niezmienne. Szczególnie, że dwa razy w tygodniu lekcje zaczynały się o 7.10 a jedyny autobus odjeżdżał o 6.28. Można sobie obliczyć o jakiej nieludzkiej porze musiałam wstawać.Jakby tego było mało - dwie pierwsze lekcje to była matematyka. Ale kiedy dyrekcja mego szanownego liceum postanowiła pod byle pretekstem pozbyć się ze szkoły wrogiego elementu, nastały dla mnie błogie czasy. Bo to ja byłam tym elementem i pewnego zimowego dnia zasugerowano mi, wcale nie delikatnie, żebym wzięła papiery i spadała w podskokach. Spadłam w objęcia Liceum Zaocznego i od pierwszego dnia zaczęłam wznosić modły dziękczynne. Bo zajęcia odbywały się po południu i tylko trzy razy w tygodniu. Przypuszczam, że z tej wdzięczności skończyłam edukację w tej szkółce z wyróżnieniem i pochwałami wpisywanymi do indeksu (mieliśmy takowe, mam swój do dzisiaj) co semestr. Nastały czasy pierwszego małżeństwa. Nie wiem, skąd mój pierwszy ex wydłubał pomysł, że ukochana żona ma wstawać rano, aby zrobić mężowi kanapki, bo ma to świadczyć o głębokim uczuciu, ale wydłubał. Do pracy wstawał o 4.45. Ja wstawałam z kurwami na ustach o 5.00 i warcząc robiłam mu te pieprzone kanapki. Uczucia, owszem, gotowały się we mnie, ale na pewno nie była to miłość. A, zapomniałam dodać, że oprócz tych kanapek miałam jeszcze pożegnać go w drzwiach i na dokładkę - pomachać mu z okna na dowidzenia. Po czym mogłam rzucić się w objęcia Morfeusza na niecałą godzinę, bo wstawałam do pracy o szóstej. Jeżeli jeszcze ktokolwiek miał wątpliwości, dlaczego się z nim rozwiodłam, to już powinien ich nie mieć. Koszary przy takich porankach to sanatorium jest. Oczywiście, że te poranne śniadania miały bardzo krótki żywot. Zbuntowałam się i robiłam mu te kanapki wieczorem, chowając je do lodówki. Pierwszy ex miał mi to za złe. A żeby się w trumnie zesrał za swoje poglądy i niech się cieszy, że go wtedy tym nożem do chleba nie dziabnęłam w kałdun. O drugim ex nie warto mówić, bo rygor jakby zelżał, a bywały też czasy, że oddawałam się błogiemu nicnierobieniu i wtedy dopiero był raj. Kładłam się spać o czwartej nad ranem a wstawałam około czternastej. Kiedy pracowałam - priorytetem było zaśnięcie o 23.00 - jeżeli z jakichś powodow położyłam się poźniej - miałam przegwizdane. Bo zaczynałam się denerwować, że zamiast ośmiu godzin będzie siedem i z tych nerwów oczywiście nie mogłam zasnąć przez kolejne dwie godziny. I tak mi zostało do dziś. Przylgnęła do mnie ksywa "Suseł" I jak u Szeherezady - pierwszym i jedynym hobby jest dla mnie szezlong :-))) To dobranoc, conie ? a! jeszcze dla Lorenzy - kot w butach

32 comments:

  1. Te rajstopki. Przez lata zdążyłam o nich zapomnieć, a tu masz...
    Po praniu rajstpki zmieniały położenie pięt o 180 stopni i tworzyły sie na nich setki kulek.
    Rajstopki - trauma mojego dzieciństwa na równi z daniem serwowanym w przedszkolu 3xtygodniowo - ryż ze śmietaną i cynamonem. Do dziś na samą myśl żołądek robi mi fikołka:///
    Poza tym zgadzam się z Twoją Mamą "jak dobrze wstać skoro świt":)))
    Miłego dnia.

    ReplyDelete
  2. Nie wiem, jaklim cudem udało mi się ukończyć liceum - chodzenie na ósmą było moim koszmarem. Za to zajęcia na studiach zaczynały się koło 9-10 i to było jakos do opanowania. Na wykopaliskach wstawałam po czwartej nad ranem bez żadnego bólu - samą mnie to do dzisiaj dziwi. Potem zaczęłam pracować w dwutygodniku. Chodziłam do radakcji raz w tygodniu: w jednym na zebranie planujace, w następmnym z napisanymi materiałami - na dwunastą. O 14 się wkurwiałam, że jeszcze tam siedzę. No a potem to już zaczął się koszmar i wstawanie na ósmą. I to wstawanie na ósmą wypaczyło mi osobowość.
    Moryc - jak zwykle - fantastyczny.
    Pomysł z kanapkami sam w sobie i dla siebie kwalifikuje sie do rozwodu, machanie uapkom w oknienku - takoż.

    ReplyDelete
  3. nie,ten pierwszy to KA TOR GA !
    skąd go wytrzasnęłaś?!?

    No i ten.Znów przeczytałam że SOWY są inteligentniejsze zdecydowanie od SKOWRONKÓW:))).Badania robili,chyba bodajże brytyjczycy:)))
    doszli do wniosku że po 10 godzinach od wstania z łóżka jak sięzada zadanie do wykoania Sowie I Skowrnokowi to ten pierwszy wykona je ze śpiewem na ustach a skowronek niekoniecznie,bo notuje spadek formy intelektualnej:))))

    ReplyDelete
  4. tak jak to czytam o Twojej Mamie to ten. jesteś pewna że nie byłaś adoptowana? ;)

    ReplyDelete
  5. A dla mję Maurycego nie ma?

    O spaniu to ja mogę długo, bo problem zostanie mi do grobowej deski. W czasach szkolnych na wagary chodziłam do własnego łóżka!
    :-)

    Pierwszy mąż nie przeżyłby takiej prosby (?). O rozkazie nie mówię.

    ReplyDelete
  6. Mam dokladnie tak samo.
    Jesli nie musze wstawac rano, samoczynnie sie ustalam na 4 rano spac, poludnie wstac.

    Ilez sie nasluchalam od wlasnej matki (tak tak, skowroneczek, szosta rano) jaki to jestem len, obibok i ze do niczego w zyciu nie dojde.

    Szczytem sadyzmu bylo zrywanie mnie o 9!!!!! w sobote i niedziele rano.
    "no dosc juz tego leniuchowania".

    a potem sie dziwila, ze mialam mordercze instynkta.

    ReplyDelete
  7. Dikejka - rajstopki koszmar, ale gorsze były dla mnie rękawiczki na sznurku, który boleśnie wpijał się w szyję i o dwa sweterki za dużo pod kurteczką. Byłam non-stop przegrzewana zimą - a warstwy odzieży skutecznie hamowały potrzebę jakiegokolwiek ruchu.
    Dla mnie to było rownoznaczne ze skrępowaniem mnie łańcuchem :-)))

    Ryż pół biedy, nawet jak posklejany, ale te sine zupy mleczne z drapiącymi płatkami owsianymi ? Owsianki nie zjem, choćbym konała z głodu :-)))


    Lorenzo - doskonale się rozumiemy :-)Dla mnie to Liceum Zaoczne było jak zbawienie. Jeszcze jeden dodatkowy czynnik sprawiał, że uwielbiałam tę szkołę. Stosunek nauczycieli do uczniów. Nie mogli nas traktować jak gowniarzy. Bo w klasie były i takie osobniki jak ja, relegowane ze szkoły, żeby statystyki nie psuć, jak i milicjanci :-))) a także siostry zakonne. O paniach w ciąży i takich w słusznym wieku - nie wspomnę. Traktowali nas jak osoby dorosłe i dojrzałe. Bez względu na wiek. Po za tym - można było na przerwach palić papierochy na korytarzu albo w bufecie który był w piwnicy,- kawę parzyli tam BOSKĄ :-))) Jak się ustała, to fusów było na dobre 3 centymetry w szklance :-)

    ReplyDelete
  8. Tuv - pierwszego exa wydłubałam ze szkoły podstawowej, gdzie przez dwa lata byliśmy "parą" abuehehehehehe :-))))

    Później straciłam go z oczu a spotkałam ponownie w 1986, kiedy to miałam 19 lat. Na imprezie sylwestrowej. I przykleił się dziad, jak gówno do statku. Miły i kochany był aż do wyrzygania, owszem miał jakieś spady z cyklu - nie klnij, nie pal, nie pij, a ja głupia i zakochana patrzyłam w niego jak w obrazek. No to po ślubie dostałam w dupę :-)))

    A naukowcy nie wzięli pod uwagę, że te sowy o poranku to mogą się nadawać tylko do wyrzucania gnoju od krów ? Intelekt sów o poranku równa się zeru :-)))Znam problem z autopsji :-))))

    ReplyDelete
  9. Ds - jak byłam mała , to takie myśli chodziły mi po głowie i nawet Mamie to wykrzyczałam, że jestem adoptowana :-)))) i dlatego ona mnie nie kocha ;-))) dzieci są okrutne :-))) A tak naprawdę - mama była najlepsza pod słońcem, chociaż z tym porannym wstawaniem do końca nie potrafiła mnie zrozumieć :-) Skowronek sowy nie pojmie :-)


    Szeh, Moryc to dobro wspólne :-)))
    Ale Lorenza pierwsza otworzyła fanklub Moryca i jest Prezesem, nie ???

    To ze strony exa nie była ani prośba, ani rozkaz. To było coś w rodzaju szantażu emocjonalnego. Że pewnie mam go w dupie, bo nie robię mu tych śniadań, a on tak ciężko pracuje i na tą szóstą do pracy wstaje. A idź! Poźniej, jak już mieliśmy wspólny biznes niewiele się zmieniło, ale ja już byłam odporniejsza i latał mi ten szantaż w okolicach kolan.


    Nina !!!! Czy nasze Mamusie to były siostry bliźniaczki rozdzielone w niemowlęctwie ???

    Dokładnie te same teksty. A z tą niedzielą i zrywaniem mnie z wyra - identycznie. Nie wspomnę już o wakacjach, gdzie też reguła wczesnego wstawania obowiązywała :-))))

    ReplyDelete
  10. Uwaga, uwaga!! Nastapi wyznanie:)) Te poranne sniadanka to ja sobie SAMA ZADALAM w drugim malzenstwie. SAMA!!! No rozumiecie jaka ja bylam glupia. Wstawalam i w czasie kiedy delikwent bral prysznic to ja zapierdalalam te kanapeczki i kawusie. Jeszcze siedzialam przy nim jak on te kawusie zlopal, bo tak mi bylo malo wspolnie spedzonego czasu. A jak on wychodzil do pracy to ja spowrotem w piernaty. Ale ja juz chyba gdzies wczesniej wspominalam, ze ja obecna i ta z przed 15 lat to dwie rozne osoby. Zycie mnie nauczylo, nie terapie, nie bajki o krolewiczach i zlych macochach ale samo zycie. I chwala zyciu za to:))

    ReplyDelete
  11. Stardust :-)))))
    Bo człowiek czasem sam sobie krzywdę zrobi :-))))

    W pierwszym maużeństwie kanapki zostały mi narzucone odgórnie. W drugim wypięłam się dupskiem, bo żadne z nas nie jadało śniadań. W związku z Dochtorem - zrobiłam mu kanapki kilkakrotnie z własnej i nieprzymuszonej woli. Ale nie weszło to do codziennych zwyczajów. Dochtor se sam kanapki uskutecznia. A ja w tym czasie błogo charczę w piernatach.

    :-))))

    ReplyDelete
  12. Aaaaa, no oczywiście, że ja MUSIAŁAM przy pierwszym ex siedzieć i nabożnie mu w zęby zaglądać jak konsumuje! Nie mogłam pojść do wyra, bo jeszcze musiałam odpracować "spanembogiem" w drzwiach i machanie z okna, kurwa jego mać.

    Jak ja się cieszę, że on teraz inną głupią tresuje!

    ReplyDelete
  13. no, sowa skowronka też nie pojmie. ja normalnie sowa, ale teraz chodzę o 22 spać, wstaję najpóźniej o 7, ale to taki czas w życiu.

    pocieszają mnie bardzo Wasze kanapeczki. mnie by do tego nikt nie zmusił w żaden sposób. chociaż może szkoda, bo jakby zmuszał to by mi się prędzej oczy otworzyły...

    ReplyDelete
  14. Można rzec, że kanapki robiły za podwalinę pod późniejszy a nieuchronny rozwód :-)))

    Ale wiesz Ds jak to jest. Człowiek młody to i głupi. Toż w dobie tych kanapek miałam zaledwie 21 lat. Z wiekiem zmądrzałam :-)))

    ReplyDelete
  15. Ja za drugim razem mialam juz 29 lat a mimo wszystko popelnilam ten blad. Ale ja wtedy taka zakofana bylam, ze normalnie rzygac mi sie teraz chce. To moje drugie malzenstwo to byla ogolnie wielka szopka. Z drugiej strony to chyba byla najbardziej tragiczna milosc w moim zyciu. Widocznie bardzo potrzebna jako doswiadczenie zyciowe.

    ReplyDelete
  16. Stardust - no u mnie tak właśnie było i stąd te kanapki i inne głupoty jakie potrafiłam uskuteczniać. Wielka tragiczna mniłość, kij jej w dupe.

    Nigdy więcej.
    Za drugiego eksa wyszłam z rozsądku, jak się okazało - nie było to najlepsze posunięcie.

    A Dochtor jest przeze mnie kochany, ale tyle samo miłości dostaję od niego, to i nie narzekam.
    Po za tym Dochtor jest normalny i wielbi mnie już za samo to, że mu te cholerne koszule prasuję.

    ReplyDelete
  17. Ja to jednak jestem wyrodna żona - nigdy nie wstałam rano w celu wykonania kanapeczek - robię owszem wieczorem i ciach do lodówki - i jeszcze zbieram za to hołdy i wyrazy uwielbienia:)

    ReplyDelete
  18. Odentko, Ty nie jesteś wyrodną żoną. Ty jesteś MĄDRĄ kobietą :-))))

    ReplyDelete
  19. Kryyyyyyste.
    Kanapki robi sobie sam, niezależnie od godziny, prasuje wszystko, nawet moje sznurowadła, ugotuje obiad, wypierze dywan sam z siebie (mnie by nie przyszło do głowy nawet, zadzwonic po kogos z maszyną mogę), sam wstawi pranie, sam powiesi, sam ponaprawia wszystko, sam pojedzie do Dziadków pogadać/pomóc.
    To tak na gorąco.

    Nawet jak byłam śmiertelnie zakochana (a byłam), to RANO NIGDY NIC. Nie ma takiej siły. Ale ja jestem sowa z diagnozą lekarską ;-)

    :-)))))))))))))))

    ReplyDelete
  20. --> Odentka, a moj to se teraz SAM robi te kanapki wieczorem i do lodowki chowa:)) tez sie zmadrzylam, ale ponoc nigdy nie jest za pozno;)

    ReplyDelete
  21. Star !!!!!!!!
    rany boskie ależ to musiała być INNA KOBIETA !
    No nie uwierzę:)
    ja zrobiłam parę razy z wlasnej i nieprzymuszonej woli a potem olalam.
    Nie,no ja miałam wstawać tak wcześnie ? a po cholerę?:)

    ReplyDelete
  22. Szeh, u mnie zdiagnozowali to samo :-))) To teraz zobacz, jakie to było poświęcenie, że te kanapki co rano dziergałam! Co prawda - niedługo, ale zawsze!

    Dochtora do domowych zajęć nie gnam, bo widzę jaki sjebany przychodzi z pracy. Dzień w dzień po 12 godzin to i każdego wykończy. Nieraz zasnął nad talerzem - to ma odpuszczone :-)))

    ReplyDelete
  23. --> Tuv ja jak patrze we wlasna przeszlosc to widze tam dwie rozne kobiety i diametralnie inne niz ta obecna;) Cholera wie, co jeszcze ze mnie wyrosnie na starosc?

    ReplyDelete
  24. Stardust - mam to samo. Przy pierwszym eksie tuptałam grzecznie do kościółka na msze w różowych lakierkach na obcasach i w bluzce - prezencie od tjeściowej. Mówię Ci - hardkor. Chociaż mój stosunek do KK juz wtedy był lekko odbiegający od normy. To jest ta kolejna głupota jaką potrafiłam zrobić dla eksia.

    Przy drugim eksie - dorobiłam się nerwicy z powodu komorników i do tej chwili mam opory przed odbieraniem telefonu stacjonarnego. A głupotą z mojej strony było pozyczenie eksiowi kasy na spłatę długów, a była to niebagatelna kwota. Nie mówiąc już o tym, że zgodziłam się na wspólne konto w banku i moja zdolność kredytowa dopiero teraz po ładnych 5 latach dochodzi powoli do normy, bo mi ją drugi ex zasrał dokumentnie.

    Też patrząc wstecz widzę kilka różnych osób zupełnie do mnie nie podobnych.

    ReplyDelete
  25. Tez kiedys bylam sowa, ale jakos wlasne dzieci mnie wyleczyly.
    Nie, zebym kochala wstawac rano, ale 7.30 juz nie taki bol jak kiedys, a i zauwazylam, ze lepiej sie czuje nie gnijac w wyrze do poludnia - potem caly dzien jakis taki rozlazly mi sie robi.

    ReplyDelete
  26. Co prawda, to prawda. Ja mogę wstawać rano bez problemu o ILE spałam moje 8 godzin. Ale trudno mi jako typowej sowie kłaść się spać z kurami, no!

    Ale do południa też się już nie wyleguję, bo życia szkoda :-)))
    Wstaję o 9.00 i luz. Jakoś żyję :-)

    ReplyDelete
  27. Apel: ziemiańscy panowie. Powinniście tu częściej i tłumniej zaglądać. To jest taka kopalnia praktycznej, życiowej wiedzy, że głupotą jest tego nie czytać. Pozdrawiam :))

    ReplyDelete
  28. Kosmito, dlaczego ja mam wrażenie, że troszeczkę ironizujesz?
    Ale nawet gdyby - kosmitom wolno :-)

    ReplyDelete
  29. Zgoda, ironii kropelka była. Bo to się taki pachnący perfumami babiniec robi i faceciki nie chcą się włączyć. Szkoda. Ziemianie się skarżą często, że zrozumieć Ziemiankę, to lepiej się upić na śmierć. A na takich blogach odpowiedzi można znaleźć co niemiara. I pośmiać się można przy okazji, o farbowaniu w maszynie dowiedzieć - samo życie. Bez ironii nawołuję: Ziemianie, zaglądajcie częściej do babińców!!!

    ReplyDelete
  30. Kosmito, z babińcem masz całkowitą rację :-) Siedzimy i plotkujemy, tylko mniejszy bałagan, bo pierza nie trza drzeć :-)))

    Zawsze możesz wpaść, ja drzwi nikomu przed nosem nie zamykam - a jak Cię tematyka znudzi - to po cichu wyjdziesz, nie trzaskając drzwiami :-)))

    ReplyDelete
  31. Dzięki i ukłony dla reszty babińca :))

    ReplyDelete
  32. Po matce mam, że poranki są trudne. Wbijała mnie w rajstopki dowolnej proweniencji w półśnie. I moim, i jej.
    Wstawanie przed 6.30 niedopuszczalne - jak mi się zaczęły ćwiczenia na 8.00 na drugim roku studiów, to był koniec mojej edukacji.
    Teraz jestem twarda, jak trzeba, raz na jakiś czas wstanę przed 7.00.
    Sze, Ty chyba kiedyś pisałaś, że to choroba jest?;-)

    ReplyDelete