Monday, 18 May 2009
...
Dzisiejszy dzień uroczo spędziłam zgarbiona jak Quasimodo, z oczkami zmrużonymi z wysiłku. Tak, znowu E-bay, psia jego melodia. Zanim się obejrzałam, to była osiemnasta. I z jednej strony to wkurza mnie takie marnowanie czasu, bo znowu kolejny dzień mi uciekł, a z drugiej - co ja lepszego mam do roboty ? Prasowanie Dochtorowych koszul ? Czy może zapierdalanie z odkurzaczem po piętrach, chociaż wczoraj było zapierdalane ? Niech już będzie ten sierpień i przeprowadzka, bo z tej bezczynności można dostać na głowę. Od kompletnego zidiocenia ratuje mnie myśl, że dokładnie za miesiąc znajdę się w Mieście i będę uprawiać lans z torebką, zmałpowaną jak się okazało od Spt. No właśnie. Wyjazd. I tu Houston ma problem.
Dwa tysiące lat świetlnych temu - Osobisty ochoczo się zgodził przenieść na 10 dni do nas, żeby opiekować się kotem. Że ślicny kotecek, nie ma problemu, on sobie kompowych gier naznosi i będzie miło spędzał czas, a żywiną się zajmie przy okazji jakby. Co lepsze - sam wystąpił z taką propozycją na pierwsze napomknięcie o naszym wyjeździe. Ja i tak chciałam Pogromcę Gryzoni oddać do hotelu dla kotków, ale porzuciłam zamysł, bo skoro Osobisty zapewniał, że będzie dbał o Moryca, no to po chooj mam kota stresować i oddawać do hotelu ? Szczególnie, że to kot wychodzący jest, a w cattery - wiadomo. Z pokoju hotelowego się nie wychodzi i szlus. I dzisiaj popukałam się znowu w czółko. No głupia baba. Jak but. Ze sklerozą postępującą.
Dzwonię do Osobistego w sprawie ebaya, bo zakupy uskuteczniam z jego konta, a przy okazji poruszyłam temat wyjazdu do Polski i opieki nad kociambrem, a ten mi mówi z łaską w głosie, że TYM RAZEM to dla nas zrobi. "A kij Ci w oko", pomyślałam, "nie pierwszy raz mnie robisz w konia, dupku żołędny" i pokiwałam se smętnie łbem. Było nie wierzyć entuzjastycznym zapewnieniom, historia pokazała wyraźnie. No ale głupia baba, tak ? Naiwna i pełna wiary.
Pełen pretensji do mnie i do świata głos oznaczal tylko jedno - "mam teraz inne plany i wsadź se tego kota gdzie chcesz, może przyjdę raz na tydzień, a czy u Ciebie mieszkałem i tak nie sprawdzisz, amen!"
Przez to wszystko trochę zawaliłam sprawę, bo kot nie ma szczepień i muszę je zaraz załatwić, bo bez tego kota nie przyjmą - ale da się to zrobić w terminie. Całe szczęście, że dowiedziałam się o fochu teraz, a nie tydzień przed wyjazdem, bo wtedy to faktycznie byłaby kacza dupa z marmoladą. A hotel - no trudno. Moryc jakoś przeżyje. I przynajmniej będzie pewne, że nigdzie się nie zawieruszy i że dostanie jeść. Co pod opieką Osobistego nie byłoby takie oczywiste.
Nie wiem, co się z tym facetem dzieje. Ma dopiero 43 lata, a takie dziury w mózgu, że nie pamięta o najprostszych sprawach. Jeżeli mu się nie przypomni, że miał gdzieś pójść, albo coś zrobić - jest pewne, że nie pójdzie i nie zrobi. Mam do niego cholerny żal, że zawalił ubezpieczenie Maksa. Zobowiązał się je płacić, jako, że my braliśmy na siebie koszty weta i utrzymania psiny. Płacił przez dwa miesiące a poźniej przestał. To nie byłby żaden problem, gdyby nam o tym powiedział. Przejęlibyśmy i to, tym bardziej, że koszt był niewielki, a Maksio swoje lata miał i ubezpieczenie było jak najbardziej potrzebne. I w momencie, kiedy psiun wylądował u weta, wyszło na jaw, że ubezpieczenie diabli wzięli. I co mnie jeszcze wkurwiło niemożebnie. Na moje rozpaczliwe pytanie - dlaczego nie płacił - zaczął się stawiać i histeryzować, że on kasy nie miał. Kurważesz! Mało brakowało, a dostałby po pysku jak nic. Za ten atak na nas i zachowanie jak z przedszkola.
Maksio odszedł. Bez względu na posiadane ubezpieczenie czy jego brak - żadna operacja nie uratowałaby mu życia. Rachunek za badania wyniosł 550 funtów. Zapłaciliśmy. Pieniądze to nie wszystko. Ale ten cierń mi siedzi w sercu. Że Osobisty nie wyprowadził nas z błędnego mniemania, że Maksiun ma ubezpieczenie.
Myślę, że kwestia wyprowadzki załatwi wszystko. I że spotkamy się na rozprawie rozwodowej o ile trzeba będzie. A jak nie trzeba będzie to tym lepiej. Dochtor się też ucieszy, bo chociaż lubi Osobistego, to jednak też ma dość życia w trójkącie. Bo Osobisty zawsze się gdzieś w tle plącze.
No i znowu wyrzygałam żale. I chociaż szkoda mi Moryca, że odsiedzi 10 dni w pierdlu, to jednak będę spokojniejsza. I tak to.
Idę spać. Może uda mi się zasnąć zanim Dochtor zacznie chrapać głośniej od trąb jerychońskich :-)))
Subscribe to:
Post Comments (Atom)

Dla Moryca lepszy ten hotel chociaż bez spacerniaka, niż quasi opieka osobistego. I bez łachy. A wyprowadzka na pewno zrobi Ci dopbrze, bo osobisty się przecież za Wami nie przprowadzi. Boże, jak to za każdym się wloką takie demony przeszłości, i cholery na nie nie ma.
ReplyDeleteBogom dziękuję za ciotkę w Erefenie, która zwierzaki starsznie kocha i mogłam w każdej chwili zostawić towarzystwo. Martwiłam się jedynie o przekarmienie i zalizanie :-) To ogromny plus był.
ReplyDeleteZdecydowanie hotel będzie lepszy, trudno. A Osobisty niech se łaseczkę swoją w dupę wsadzi.Jeszcz epewnie masz byc grzeczna i usmiechnięta, bo Panowi może się odwidzieć. Tfu!
Miauryc jest z dobrego domu, maniery posiada, więc i wszelkie niedogodności z honorem zniesie. A szczepienia to W TE PĘDY. Przecież jest wychodzący... Wiesz ile badziewia czyha na jego zdrowie? (tak, odezwała się we mnie ciotka-kwoka).
No :-)
ej,no ! szczepienia biegusiem !
ReplyDeleteNo i łon do tego wychodząco -polujący,koniecznei !
Ooooooo też bym miala za cośtakiego żal do osobistego,jak autostrada stąd do słońca.
ten rozwód to będzie jak przecięcie pępowiny w sumie:)
oczywiście że hotel lepszy. rozwódź się, ino żywo!
ReplyDeletea i weź nie przesadzaj ze ślęczeniem przed monitorem.ten garb ci moze zostać i co ? nie będziesz się podobać Dochtorowi :)))
ReplyDeleteDzięki, dziewczyny! Macie rację. A szczególnie z tym, że każdy ma jakieś wlokące się demony. Przy pierwszym eksie przeprowadzka mi pomogła to i przy drugim pomoże.
ReplyDeleteA szczepienia na jutro mam zabukowane :-)
Tuv, my z Dochtorem to oba takie garbate Qasimody jesteśmy. Każden ma własnego kompa a że krzesła nie są wygodne to i wygięci w pałąk siedzimy :-)))
ReplyDeleteKurde, ja to jakas sucz jestem, bo nie mam takich demonow. Jak ucinam to leb z plucami i nawet nie rozmawiam. No nie widze powodu zeby mnie sie przeszlosc ciagnela jak ogon przy dupie. Otrzepuje rece i ide dalej, a tym bardziej jesli nie ma dzieci.
ReplyDeletePrzeprowadzki Ci zazdroszcze, tak dla przykladu, bo ja sie lubie przeprowadzac, chociaz nie powiem z czasem jest to coraz bardziej upierdliwe.
Stardust, ja też lubię przeprowadzki! Szczególnie jak mam w perspektywie taką nad morze i do ładniejszego, mam nadzieję, domu :-)
ReplyDeleteA z demonami to różnie bywa. Z pierwszym eksem trudno ich było nie mieć - Tychy to nie metropolia, ludzie się znają. A jak się znają to powstają plotki, dodatkowo mozna wpaść na ulicy na eksa z nową panną i nowym dzieckiem i cudem mu ryja nie obić :-))) I takie tam różne. Kiedyś opiszę jak ten moj pierwszy rozwód wyglądał, bo to naprawdę dobra lekcja poglądowa jest :-)
To Wy rodzina zygzaków jesteście :-) Jak nie nózka to rusztowanie ;-)
ReplyDeleteSzeh - :-))))))
ReplyDeleteNie wpadłabym na to sama, ale coś w tym jest!
Wet umówiony na 16.10 jutro. Możesz mię kopnąć w dupę za to zaniedbanie jak już będę w Mieście.
Ale się staram i nadrabiam :-)))
Brak szczepień jest śmiertelnie groźny, niestety.
ReplyDeleteKotów nie pokrzywcie tylko!
;-)
43 lata? młody... mlody... oj, mlody
ReplyDeleteE!
ReplyDeleteCzego ???
ReplyDelete:-))))
Żywinę musialam obrobić, nakarmić i zabawić.
To i mnie nie było.
A popołedniu idę z Moryniem do weta.
tak, znacznie lepiej Morycowi w hotelu będzie:)
ReplyDeleteAde, też tak myślę. Pomimo, że jego wolność zostanie trochę ograniczona :-)
ReplyDeleteNo kryyyste, najpierw rozpuszcza opowieściami a potem idzie se i głucho.
ReplyDeleteJeszcze nasunęła mję się mysl taka, że i dla Moryca już za późno. W sensie krzywienia. Toć on krzywo poplamiony jest!
ReplyDeleteZygzaki!
Ha ha i jeszcze raz ha, cytując Karrot :-)))
ReplyDeleteKrzywo poplamiony, kuuurcze, ze ten kot to spokojnie znosi to ja nie wiem!
Ray Bany se w charity shopie kupiłam! Za 2.50 :-)))))))))
Opowieść będzie, jak wrócę od weta .
Wspoczuje Daisy z calego serca. Ciagnace sie demony tez znam. I wiem ile nerwow niepotrzebnych czlowieka kosztuja.
ReplyDeletePerdo, mam nadzieję, że te demony pójdą precz! zaczyna się coś dziać. Pewnie o tym napiszę wieczorem.
ReplyDeletePoka rajbaniki.
ReplyDeleteDzizas, za 2,50?!?
Pokażę, wieczorem :-))))
ReplyDeleteNoooo, za dwa i pół funciaka. Oryginały.
takie w stylu Audrey Hepburn z Breakfest at Tiffany's
Styl Wayfarer, z zielonkawymi szkłami.
O tu se Szeherezada popatrzy.
ReplyDeleteIDENTYCZNE !!!
Przewróciłam się jak zobaczyłam cenę. 60 funciaków na E-bayu.
http://tinyurl.com/oz688o
Mówię Szeherezadzie. W second handach to perełki bywają :-)))
Aha. Teraz sobie sprawdziłam dokładniej. Okulary podpadają pod vintage, bo są z lat 80-tych.
ReplyDeleteTe późniejsze wayfarery mają już logo Ray-Ban na zewnętrznej stronie
a nie od wewnątrz.
I zemdlała.
Kupiła okulary za jakieś 60 - 90 funtów za DWA i PÓŁ !
I zemdlała drugi raz.
Też bym zemdlała z etrzy razy. Raz jak bym zobaczyła cenę, dwa jak bym kupiła a trzeci to z zazdrości :-)
ReplyDeleteFajowe. U nasz raczej takich cudów nie ma.
Miauryc zaszczepion? Zdrów i wesół?
ReplyDeleteDzieciaki porozerwowane?
Tak, zaszczepiony. Napiszę notkę później, tera idę jeść zapodać Dochtorowi.
ReplyDeleteJa mam gdzieś jeszcze jedną parę Ray-banów, ale gdzie ???
takie podobne to Twoich z ciapkowanymi oprawkami. Ale zabij mnie. NIe wiem gdzie są.