Thursday, 2 April 2009

...

Jako, że więdnie mi tu i ówdzie, przydało by się poćwiczyć. Stepper się spsuł, a zanim się spsuł, to łomotał tak, że obrazki święte ze ścian spadały, więc nie za bardzo jest się na czym męczyć. Rower mi ukradli, a do drugiego roweru jaki posiadam, nie uda mi się już dorosnąć. Nóżki mi majtają bezradnie i nie sięgam. Siłownia w Grejfsendowie jest w choj daleko i zanim tam dojdę, to zmęczę się wystarczająco, żeby paść przed drzwiami na twarz. Nawet wizja pływania w basenie mnie nie korci, bo basen jest tam gdzie siłownia. Biegać NIE-NA-WI-DZĘ. Od zawsze. Jak mi pani od w-fu kazała na zaliczenie lecieć wokół boiska na 400 metrów, to rozważałam pomysł popełnienia samobójstwa w jakiś przyjemniejszy sposób. Ze sportów chętnie bym pouprawiała jazdę konną, ale przypuszczam, że koń schudłby prędzej niż ja. No i nie wiem co robić. Głodówkę za mnie Zyban załatwia, od rana zjadłam jedną kromkę chleba z serem. Ale ser nie ujędrnia. I żałuję, że nie można tego remontu zewłoka przeprowadzić tak jak remontu mieszkania. Zawołać majstra, machnąć pędzlem, zagipsować ubytki, a na ewentualne niedoróbki mieć sposób, jak świętej pamięci pan Władek, który na reklamacje od klientek zazwyczaj odpowiadał: "Krzywo? Gdzie paniusia widzi, że krzywo? Eeeee, tu się półeczkę powiesi, tu zasłoni firanką, a tam się aniołka pierdolnie" W moim przypadku jest gorzej. Aniołki w tym rozmiarze nie istnieją. Szóstka Weidera, psia jej melodia. Za jakie grzechy. Aha. Od weta nadal nikt nie dzwonił. A za ścianą urodziły się cztery kociaczki :-)))

64 comments:

  1. Z ćwiczeniami cielesnymi mam podobnie. Samo myślenie o tym mnie męczy. Sama sobie udowodniłam, że jazda na rowerze nie odchudza i że można bez mąk cielesnych do wagi powrócić. Nie umartwiaj się! Pij herbate zielone i czerwone.
    :-)

    ReplyDelete
  2. Oj Szeh. Pamiętasz co piłaś w kubku Szeherezadowego ? No. W tej MATERII nie mam problemów. Ale obcego się nie pozbędę bez ćwiczeń.
    Schuść schudnę, ale obcy nadal będzie.

    Ja pijam tylko takie herbaty jak napisałaś. Częściej zielone niż czerwone i zawsze bez cukru. Do lata bym chciała jakieś 5 kg ubyć. Ciekawe,czy mi się uda :-)

    ReplyDelete
  3. Z ćwiczeń tylko leżenie na czas. Jak były na wf-=ie marszobiegi to ja się z taką jedną Aśką chowalam w jednej bramie na ulicy Lisowskiej, po czym w stosownym momencie wyskakiwałyśmy w bramie irwałyśmy na czele peletonu. Na skokach wzwyż skoczylam pod poprzeczką, dla zmyłki wzniecając tumany kurzu. Pani profesor (bardzo wiekowa, uczyla babcie moich koleżanek jeszcze we Wilnie) kazała ten wyczyn powtórzyć. Tym raze nie udało się pod poprzeczką, no i omal te spadające drągi nie pozabijał niedysponowanych, zatrudnionych przy grabieniu piasku. To wtedy pani zarządzila marszobiegi. Pewnie powinnam do pracy dojeżdżać rowerem - ale po pierwsze roweru nie mam, po druygie pewnie nie wytrzymalabym kondycyjnie, a po trzecie - to jak ja bym dala na rowerze w tym płaszczu, co widziałyście na zdjęciu? Od czapy i bez sensu.

    ReplyDelete
  4. To ja mam podobnie. Leżenie na czas, albo siedzenie w parach. Marszobiegi! Tylko nie to, jezu.
    U nas jeszcze na PO były marsze na azymut, jak raz zalazłam na bagna obok jeziora, to zanim trafiłam na dobry trop, to zeżarłam CAŁY naszyjnik z palonego makaronu "gwiazdki".

    ReplyDelete
  5. Ach. marzow na azymut nie przerabialam. dzisiaj żałuję - na pewno zabłysnęłabym czarnym blaskiem.

    ReplyDelete
  6. Miałyśmy nawiedzoną profesorkę od PO. Stąd ten azymut. Klasa była żeńska, a ona nam kazała się ciorać w błocie. Z kompasem, który dla mnie jest czarną magią do tej pory. Wiem tylko tyle, że północ jest tam gdzie mech na drzewach.
    Nie powiem, miałam z PO trójcynę na szynach. Ewidentnie się nie nadawałam do obrony kochanej ojczyzny.

    ReplyDelete
  7. Z imieniem Szeherezadowego to ja w intencji udanej defekacji piłam ;-)
    Czerwona herbata mnie ruszyła po dobrym roku. Najpierw powoli, póżniej się zatrzymało a jeszcze później poszło i doszło. Rzuciłam chleb.
    Dla mnie niezrozumiałe było utycie. Z kosmosu było. Bo ja nie z tych, co wcinają pączki i tiramisu a potem płaczą.
    No nic, tfu,tfu,tfu. Powiedziała żrąc ptysia.

    ReplyDelete
  8. biegi na azymut? szczelanie do tarczy? czołganie przez błoto? prosz.Tylko skosków spadochronowych nie zaliczyłam bo pan od PO bał się że z powodu krótkowidztwa nie zauważę lądowiska;>>>>
    Wiele lat w harcerstwie i to takim - Akcja Bieszczady.Nie obce mi kąpiele w sanie,powodzie,przeprawy przez wezbrane górskie rzeki - są naprawdę groźne po tygodniu,szałasy w głuchym lesie i dni przetrwania ,Rąbanie drzewa siekierą,kopanie latryn,wspianie się po skałach,wchodzenie do jaskiń,jazda na łyżwach,rolkach,sankach,nartach,rowerze i kajaki... to cała JA:)
    Ale to było kiedyś tam.

    I byłam szupła że hej.
    A teraz hyhyhyhy
    Szóstka Weidera już wydrukowana i od wczoraj robię.
    A!A!A!

    ReplyDelete
  9. Szóstka Weidera? A co to tako? To jakieś nowe autotortury?

    ReplyDelete
  10. No dobra. Obejrzalam film instruktażowy o tej szóstce Weidera. Normalna gimnastyka, jak w suchej zaprawie, ale tylko na brzucho. To ja chyba wolę te ćwiczenia Castanedy.

    ReplyDelete
  11. Sze: ja na szezlongu CZYTAM o ćwiczeniach Castanedy. Castaneda to w ogóle eksperymentował z całkiem innymi ćwiczeniami :-)

    ReplyDelete
  12. yyyyy to ten od "Ścieżki MOCY " ?

    ReplyDelete
  13. Dawajcie jakieś ćwiczenia od których się chudnie leżąc na szezlongu!

    Czy takie coś, co razi delikwenta prądem odchudza?

    ReplyDelete
  14. O mamuniu. Tuv - miałaś zajęcia z PO z mężem mojej profesorki ???

    :-))))

    Bożesztymój, jak ta kobieta przez nas cierpiała podczas musztry! Wydawała komendę w lewo zwrot, a każda pindzia w szeregu odwracała się inaczej :-))))

    ReplyDelete
  15. Tuv: tu go masz: http://pl.wikipedia.org/wiki/Carlos_Castaneda

    ReplyDelete
  16. O peyotlu pomocnym w odkrywaniu ścieżki wiedzy to Witkacy wiedział trochę wcześniej od Castanedy.

    No ale nie będziemy się wszak licytować :-)))





    Peyotl nie odchudza?

    ReplyDelete
  17. Lorenza - zaciekawiłaś mnie.To pewnie na podstawie jego ksiazki nakręcono "Odmienne stany świadomości" ?

    ReplyDelete
  18. Daisy - hyhyhyy pewnie tak:))))

    ReplyDelete
  19. Odmienne Stany Świadomości to był dla naszej paczki film KULTOWY.
    Tak naprawdę, to mało kto z niego cokolwiek zrozumiał, ale każdy się sadził i wymyślał teorie.

    :-)))

    Ileż to lat temu.

    Tu powinnam w zadumie wstawić trzy, albo więcej kropek.
    Z wiadomych powodów się powstrzymam :-)))

    ReplyDelete
  20. Tuv: nie mam pojęcia, nie widzialam filmu. Castanedę namiętnie drukowala "Literatura" w moich czasach licealnych. Pewnie tyle było szumu koło tego, ze względu na narkotyki, a nie ze względu na dogłębną metodologię badań antropologicznych i etnologicznych. W sumie jest to dla mnie folklor umysłu i przykład jak na takim folklorze skutecznie zrobić wielką kasę i zdobyć slawę. A te jego ćwiczenia trochę przypominają Tai-Chi w moim odczuciu.

    ReplyDelete
  21. Daisy - wiesz,mnie też kręcił ;).
    Ale niektóre sceny wtedy były dla mnie brrrrrr,okropne.I też nie wykropkuję jak dawno to było;>

    ReplyDelete
  22. Kobiety, idę spać,żeby nie palić.
    Też jakieś wyjście.I poczytam sobie o Marylin Monroe.Też lubiła odmienne stany świadomości.

    ReplyDelete
  23. Tuv, pamiętasz ten wirujący łeb wielookiego kozła ??? Takie lekkie nawiązanie do szatana. Ta scena mi utkwiła i do dziś ją widzę tak jak wtedy w kinie.

    ReplyDelete
  24. Lorenza - "Literaturę" czytaliśmy w podstawówce pod ławkami;).Nie,kompletnie nie kojarzę z tej strony.

    Tak,czy siak chciałabym umieć w taki sposób zarabiać duże pieniądze.

    Muszę jeszcze obejrzeć te ćwiczenia

    ReplyDelete
  25. Daisy - weź przestań ! brrrrrr pamiętam.Mnie też fascynował ten pojemnik do ktorego wchodził.

    ReplyDelete
  26. Tuv, no co Ci poradzę,ze pamiętam li i jedynie takie okropieństwa :-)
    Ale sprawdziłam. Film powstał na bazie książki Paddy'ego Chayefsky.
    Nie Castanedy.

    ReplyDelete
  27. A co nabiję se komcia :-)))

    W tym filmie wystąpiła pięcioletnia wówczas Drew Barrymore. Grała córke głownego bohatera. Ja jej nie pamiętam.

    ReplyDelete
  28. To ja Ci pomogę nabijać komcie. Drew jednak bardziej sie pamięta z ET.

    ReplyDelete
  29. Daisy - ja też jej nie pamiętam;).Sprawdziłam też na jakie podstawie powstał film,no masz rację Chayefsky ale,ALE pewnie ksiazka by nie powstała gdyby nie Castaneda zauważ.jedne popełnial naukowe wywodu,drugi napisał horror.Czas się zgadza.
    Castaneda pisał w 71 roku,a ksiażkę Ch popełnił w 78 roku,w 80 film.
    heheheh spiskową teorię dziejów tworzę;)i nabijam ci komcie;)

    ReplyDelete
  30. Lorenzie i tak nie dorównam :-)))
    U niej bez specjalnych starań setka leci jak nic.

    Fuj , jakie te fajki niedobre.

    ReplyDelete
  31. Echy, a ja zazdraszczam niedobroci fajek

    ReplyDelete
  32. No niech Lorenza nie zazdraszcza. Toć mam randkę z Armstrongiem :-)

    ReplyDelete
  33. A ja gdzies widzialem zdjecia Muti jak strzelala z karabinu i rzucala granatami... musze poszperac jak bede nastepnym razem w PL i jesli Muti dozwoli na blogaska wrzuce;)
    Z cwiczen zabijajacych oponki, obcych i inne potwornosci, ktrore nie wiedziec czemu sie dobrych ludzi czepiaja, polecam taniec, salsy, rumby, czacze, pogo, foxtroty, tanga i takie tam. Co kto lubi, byle duzo i namietnie.

    ReplyDelete
  34. Dochtor, ja co prawda śpiewam jak słowik,więc słuch muzyczny posiadam, ale w tańcu to się o własne nogi zabiję. Nie wiem czy o taki efekt mi chodzi :-))))

    Ranyboskie. Muti z karabinem. Ja mam swoją Macierz li i jedynie ze szturmówką, ale za to w przeciwsłonecznych okularach :-)))
    Ze zgniłego zachodu.

    ReplyDelete
  35. A zapomnialem napisac, ze dobrze, ze wet siedzi cicho :))
    Co do tancowania, to chodzi o to, ze sie nogami rusza. Mozna siedziec na krzesle i ruszac nogami w rytm muzyki.
    Czasami studenckimi w 'Medyku' tancowalem do jakiejs piesni o czerwonych koralach. Tanczylem tak, ze zle stanalem na nodze i mnie zabolala. Rano noga okazala sie byc 3x wieksza i sina, na pizdzie przyjec stwierdzo zwichniecie i wsadzili mnie w gips.

    ReplyDelete
  36. Znając mój talent, najpewniej połamałabym sobie wszystko co tylko można. Moja pierdołowatość obrosła już legendą. Jeszcze,żeby Dochtor Maciej w te tany ze mną poszedł, to w drastycznych momentach byłoby się czego przytrzymać :-)))

    Ale nie pójdzie. Wykonaliśmy razem tylko jeden taniec obowiązkowy na weselu u znajomych. Na zasadzie - "zdejmijcie mi te łyżwy"

    To było straszne.

    ReplyDelete
  37. oooo,to jest to coś o czym ds pisze.Daisy - akbyśchciala ,sieprzemogła to by nie było pierdołowatosci.Wiem coś o tym:)

    ReplyDelete
  38. Tuv, ja się próbowałam przemóc, a jakże! I zaprawdę powiadam Ci - nic z tego. Wychodzę na parkiet i sztywnieję.

    No nic, idę się pobujać z odkurzaczem. To też jakaś forma ćwiczeń :-)

    ReplyDelete
  39. Ale Tuv: po co sie przemagać? Wszak taniec nie jest taka forma aktywności, od której zycie nasze zależy. Ja na przykład nie tańczę -= nie umiem i nikt mnie nie namówi. Po prostu - NIE CHCĘ.

    ReplyDelete
  40. Ja uwielbiam tańczyć, ale fristajlowo. I solo, oczywiście - nie zniesłabym żadnego faceta ciągnącego mnie w swoją stronę. Tylko nie pamiętam, kiedy ostatnio to robiłam. Marszobiegi za to uprawiam, jęcząc straszliwie, bo nie lubię, ale próbuję zrzucić to moje nadmiarowe 7 kilo od tarczycy w prezencie.
    Natomiast są możliwości remontowe całego ciała, tylko kosztuje to straszne pieniądze. Wiesz, jakieś lasery, masery, kapsuły z podciśnieniem i inne mezoterapie bezigłowe.

    ReplyDelete
  41. Ooo i mnie nikt do tańca nie namówi. Co innego pogo czy inny klub. Ale takie tany-tany z wujkiem na weselu.... o ja oierdole.
    :-)

    ReplyDelete
  42. Również brzydzę się bieganiem...Od zawsze. Jak juz chcę się trochę pogimnastykować, zabieram się za generalne porządki. Myśl o wuefie wywoływała we mnie bodaj odruchy wymiotne, już na samą myśl o przebieraniu się. A hasło "idziemy na stadion" powodowało, że szlajałam się często-gęsto po centrum miasta. W pierwszej klasie LO chciano musem zaciągnąć mnie na treningi koszykówki. Pod groźbą zemsty na semestr. Kiedy już się zgodziłam i poszłam na dwa treningi, okazało się, że pan od wuefu podprowadził telewizor ze szkoły - haha, i tak uwolniłam się od znienawidzonej koszykówki.

    ReplyDelete
  43. Nielocie, taki drogi remont odpada, bom biedna z domu :-)))
    Po za tym - Syreny na Ferrari w najlepszym warsztacie nie przerobią :-(

    Szeh - toteż nie udzielam się na weselach, bo tam same wujki w wieku poprodukcyjnym :-) Poleczka i raz do kółeczka, psiakrew.

    Huehue. Pogo, powiadasz :-)
    To byś się z moją Siostrunią dogadała. Ramoneski i te inne.
    Ja z zupełnie innej bajki byłam. Dlugie włosy,spódnice z prześcieradła i koraliki :-)))))

    A co do tego fristajla, to obecnie mogłabym trenować, ale w domu nie mam miejsca. A na ulicy jakoś nie wypada.

    ReplyDelete
  44. Athina - bardzo dobrze się rozumiemy :-)))

    Mnie do drużyny koszykówki i tak by nie wzięli, bo kurdupli nie biorą, więc obeszło się bez telewizora :-)

    ReplyDelete
  45. to ja się wyłamię. ja bym pouprawiała marszobieg, ale tylko po tatrach. a tak to jakiś fitness chętnie, ale czasu nijak nie mogę wygospodarować. dobrze że na basen mogę.

    ReplyDelete
  46. Ds - zazdraszczam Ci pływania. Bo chociaż pływam tak sobie - to akurat tę formę ćwiczeń bardzo lubię. Najlepszym wyjściem byłoby posiadanie domu z basenem :-)

    U mnie nadmiar czasu i nijak się zmusić do fitnessu nie mogę.

    A przy okazji, czy ja mogę prosić klucz do pralni ? :-)

    ReplyDelete
  47. Lorenza - nie,no ja tak powiedzialam to BEZ przymusu;).
    Bo skoro ktoś nie chce,to nikog się nie zmusza.
    Ja osobiści uwielbiam,ale w gali.Tańczyłam w klubie,na parkeicie,w odpowiednim ubraniu...wzdech.'
    I pomyśleć że lata temu to było?
    A!
    A i z X-menem NIE MOGĘ tańczyć.NIE,NIE,NIE.Bo każde z nas wtedy stara się prowadzic;)))

    ReplyDelete
  48. Ja też z domu biedna jestem, ale kiedyś w desperacji chciałam wziąć kredyt na remont, albo remont na kredyt. Z tym, że mam do wyremontowania inną rzecz, która na dłuższą metę bardziej przeszkadza żyć niż grube pokłady cellulitu i jakoś mnie zastopowało. Basen bym chciała okropnie, bu. I Tai Chi, ale daleko chodzić i nie po drodze wcale.

    ReplyDelete
  49. Ha! Przypomniało mi się, że na szezlongu jednak można się pogimnastykować. Nogi powoli zadzierać do góry, jak w "Dniu świra". Ale to cholernie nudne i męczące jest. Przynajmniej dla mnie.

    ReplyDelete
  50. I pomyśleć,że ja kiedyś chciałam sobie kupić taką ławeczkę do ćwiczeń, co to głowę się ma niżej niż resztę i z tej pozycji trza tak zwane brzuszki zaiwaniać.

    Toż bym się zanudziła na śmierć!!!

    ReplyDelete
  51. No ba! A na brzuszki zdrowy śmiech ze zrywaniem boków jest najlepszy, o!

    ReplyDelete
  52. Taką ławeczkę mam i jak ją się postawi na boku to fantastycznie podtrzymuje krotona, co już urósł tak, że jest wyższy ode mnie.

    ReplyDelete
  53. To musiałabym zakupić kretyna w komplecie z ławeczką :-)

    Kiedyś w Polsce miałam kretyna.Ale przędziorki mi go zjadły i nie doczekał. Jak ten Jaś z noweli.

    ReplyDelete
  54. Ja mojemu chiba fote czasne. Takiego - nie chwalący się - u nikogo nie widziałam.

    ReplyDelete
  55. Lorenzo, tu kretyny w charakterze krzewów ogrodowych występują. Sama się zdziwiłam zobaczywszy po raz pierwszy kretyna, który miał, lekko licząc, jakieś dwa metry.

    Dziwny kraj ta Anglia.

    ReplyDelete
  56. Ja wiem - to tropikalna roślina, kretony zadziwiają, kiedy się widzi, że one tworzą las kretonów. Ale w Polszcze na oknach w doniczkach stoją takie łysulce z jakimś irokezem na czubku

    ReplyDelete
  57. Daisy, mail poszedł - byłam święcie przekonana że masz klucz!
    ja się na fitnessie nigdy nie nudziłam. nie było czasu. zwłaszcza na takim co były układy taneczne w użyciem 2 albo więcej stepów. jezu. że ja sobie nic nie złamałam... :>

    ReplyDelete
  58. Ds - dzięki :-))) Już wiem, dlaczego nie chodzę na fitness. Bo to podobne do tańca jest!

    Właśnie ćwiczyłam górną połowę tułowia, myjąc gary.
    A za chwilę poćwiczę skłony przy użyciu odkurzacza.

    Lorenza - u mnie kretyn wyglądał okazale i nie był łysy. Swego czasu miałam lekki odchył na punkcie roślin doniczkowych i umiałam się nimi opiekować. Ex nie mógł tego znieść i zawsze gębę krzywił,że u nas na parapetach to jak NA WSI! Przypuszczam, że to on zdobył skądś przędziorki,żeby wykończyć moją kolekcję. Gnom jeden!

    ReplyDelete
  59. A propos kwiatów i wsi - zachorowałam straszliwie na pelargonie na balkonie. Te drobnokwiatowe, po niemiecku tak. Kiedyś pelaśki wydawały mi się kwiatem wiejsko-małomiasteczkowym. A teraz doczekac się nie mogę. Pożądam! Po zimnej Zośce dopiero, kurcze.
    :-)

    ReplyDelete
  60. Szeherezada: a ja balkonu ni mam i tarapety pochyłe - właściwie brak parapetów. Buuu.

    ReplyDelete
  61. znowu koty?
    ćwicz, ćwicz, ja nie lubię:(

    ReplyDelete
  62. Cały świat jest zakocony :-)))
    Na to wychodzi.

    KOTY SĄ WSZĘDZIE :-)))))

    ReplyDelete
  63. derh, jo, moje kicie micie tyż, mamy nowych lokatorów za płotem (niestety juz nie za miedzą), ich kot zagląda w nasze okna, rudy jest, nie wpuszczę

    ReplyDelete